Skocz do zawartości
oferta nasion marihuany i konopi 1 plus 1

growshop grower.com.pl

Macky

Administrator
  • Postów

    7900
  • Dołączył

  • Ostatnia wizyta

  • Wygrane w rankingu

    166

Treść opublikowana przez Macky

  1. Permanent Marker to jedna z tych odmian konopi, które w bardzo krótkim czasie przeszły drogę od stosunkowo mało znanej amerykańskiej genetyki do nazwy obecnej w katalogach wielu światowych producentów nasion. Jej popularność gwałtownie wzrosła szczególnie po tym, jak Leafly uznało Permanent Marker za Strain of the Year 2023. Jeszcze większe zainteresowanie niż sama popularność odmiany budzą jednak jej deklarowane parametry. W zależności od producenta nasion można znaleźć informacje o zawartości THC wynoszącej około 25%, 28%, 31%, 33%, 34%, a nawet 35%. Powstaje więc interesujące pytanie: czy kwiaty konopi rzeczywiście mogą zawierać 35% THC, czy jest to już przede wszystkim marketing producentów nasion? Sprawa robi się jeszcze ciekawsza, gdy zaczniemy porównywać rodowody Permanent Marker oferowanych przez różnych breederów. Okazuje się bowiem, że pod tą samą nazwą nie zawsze znajduje się dokładnie ten sam materiał genetyczny. Dlatego zanim zastanowimy się, czy 35% THC jest biologicznie i chemicznie możliwe, warto najpierw odpowiedzieć na inne pytanie: czym właściwie jest Permanent Marker i która Permanent Marker ma rzekomo osiągać 35% THC? Skąd pochodzi Permanent Marker? Za oryginalną Permanent Marker odpowiada amerykański breeder Seed Junky Genetics, a dokładniej JBeezy. Dużą rolę w wypromowaniu odmiany odegrała również marka Doja Pak. Permanent Marker pojawiła się szerzej na amerykańskim rynku około 2022 roku, a już w 2023 roku Leafly uznało ją za odmianę roku. Jej charakterystyczną cechą stał się niezwykle intensywny profil aromatyczny kojarzony ze słodyczą, paliwem, gazem, chemicznym rozpuszczalnikiem, a według niektórych również zapachem świeżo otwartego permanentnego markera. Stąd właśnie nazwa: Permanent Marker. Znacznie ciekawsza z punktu widzenia tego artykułu jest jednak jej genealogia. Jaki jest prawdziwy rodowód Permanent Marker? Najczęściej spotykany uproszczony zapis rodowodu Permanent Marker wygląda następująco: (Biscotti × Jealousy) × Sherb Bx Jednak dokładniejsza historia genetyczna przedstawiana przez Leafly jest bardziej skomplikowana i wskazuje na wykorzystanie linii: Biscotti S1, Sherb Bx1 oraz Jealousy F2. W różnych źródłach możemy więc spotkać między innymi zapisy: (Biscotti × Jealousy) × Sherb Bx albo: (Biscotti S1 × Sherb Bx1) × Jealousy F2 albo: (Biscotti × Sherb Bx1) × Jealousy. Nie oznacza to automatycznie, że wszystkie te źródła są błędne. Część różnic wynika ze sposobu przedstawiania wielopokoleniowego rodowodu i upraszczania genealogii na potrzeby katalogów nasion. Problem zaczyna się jednak wtedy, gdy kolejni producenci tworzą własne reprodukcje, selekcje, samozapylenia S1, backcrossy albo krzyżówki wykorzystujące Permanent Marker jako jednego z rodziców, a następnie nadal sprzedają produkt przede wszystkim pod nazwą Permanent Marker. Wtedy dwie paczki nasion z napisem „Permanent Marker” nie muszą już oznaczać dokładnie tej samej genetyki. Biscotti – pierwszy filar Permanent Marker Jednym z fundamentów genealogii Permanent Marker jest Biscotti. Biscotti to jedna z ważniejszych współczesnych amerykańskich genetyk związanych z rodziną Gelato. Jej rodowód najczęściej przedstawiany jest jako połączenie: South Florida OG × Gelato #25. Biscotti wnosi do Permanent Marker silne powiązanie z rodziną Gelato oraz charakterystyczny deserowo-paliwowy profil aromatyczny. Jealousy – kolejna słynna genetyka Drugim niezwykle ważnym elementem jest Jealousy. Sama Jealousy również osiągnęła ogromną popularność i została wcześniej wyróżniona przez Leafly jako Strain of the Year 2022. Jej rodowód związany jest z: Gelato #41 × Sherb Bx1. Oznacza to, że w genealogii Permanent Marker wielokrotnie powracają genetyki związane z Gelato, Sherbet i szeroko rozumianą rodziną Cookies. Permanent Marker nie jest więc przypadkowym połączeniem dwóch popularnych nazw. To produkt wielopokoleniowej pracy na genetykach, które już wcześniej były intensywnie selekcjonowane. Sherb Bx – trzeci element układanki Sherb Bx oznacza linię powstałą poprzez backcross, czyli krzyżowanie wsteczne. W uproszczeniu breeder wykorzystuje taką metodę między innymi po to, aby ponownie wprowadzić do potomstwa określony materiał rodzicielski i zwiększyć prawdopodobieństwo zachowania wybranych cech. Połączenie Biscotti, Jealousy i Sherb Bx stworzyło Permanent Marker – genetykę, która bardzo szybko stała się materiałem wykorzystywanym przez kolejnych breederów. I właśnie tutaj zaczyna się zamieszanie. Permanent Marker jednego producenta nie zawsze oznacza dokładnie to samo Na rynku nasion nazwa odmiany nie jest odpowiednikiem numeru seryjnego produktu. Jeżeli dziesięć firm posiada w katalogu nasiona o nazwie Permanent Marker, nie możemy automatycznie zakładać, że wszystkie dziesięć oferuje genetycznie identyczny materiał. Jeden breeder może pracować na oryginalnym klonie. Drugi może wykonać samozapylenie i stworzyć S1. Trzeci może wykonać backcross. Czwarty może próbować odtworzyć odmianę z podobnych linii rodzicielskich. Piąty może skrzyżować Permanent Marker z zupełnie inną odmianą. Jeszcze inny może oferować wersję automatyczną wymagającą wprowadzenia genetyki autoflowering. Mimo tych różnic nazwa Permanent Marker nadal może pozostać najważniejszym elementem nazwy handlowej. Doskonale pokazuje to porównanie ofert różnych producentów. Permanent Marker – porównanie breederów, rodowodu i deklarowanego THC Producent / breeder Deklarowany rodowód Deklarowane THC Co warto zauważyć Seed Junky Genetics / Doja Biscotti / Jealousy / Sherb Bx zależnie od źródła Oryginalna Permanent Marker będąca punktem odniesienia dla późniejszych wersji. Royal Queen Seeds (Biscotti × Sherb) × Jealousy do 28% Własna feminizowana wersja bardzo mocno nawiązująca do oryginalnego rodowodu. Zamnesia Seeds (Biscotti × Sherb Bx1) × Jealousy 31% Rodowód bardzo podobny do RQS, ale deklarowany maksymalny THC jest wyższy. Blimburn Seeds (Biscotti × Jealousy) × Sherb Bx 32–34% Bardzo wysoka deklarowana zawartość THC. Seedstockers (Biscotti × Jealousy) × Sherb BX do 33% Producent opisuje własną pracę selekcyjną i wykorzystanie materiału z USA. Advanced Seeds Permanent Marker – własna wersja 30–34% Jeden z producentów deklarujących wartości przekraczające 30%. Bomb Seeds – Permanent Marker Bomb Biscotti / Jealousy / Sherb Bx 27–30% Własna interpretacja nazwana Permanent Marker Bomb. Big Head Seeds Biscotti × Sherb BX × Jealousy do 33% Kolejna feminizowana interpretacja klasycznego rodowodu. Origin Seed Co (Biscotti × Jealousy) × Sherb Bx 32–34% Bardzo podobny deklarowany rodowód i bardzo wysoki deklarowany THC. Homegrown Cannabis Co. (Biscotti × Sherb Bx) × Jealousy do 25% Ciekawy kontrast – podobny rodowód, ale maksymalne THC znacznie niższe niż u części konkurencji. Growers Choice Seeds Marker’s Mark × Tangie do 30% Deklarowany rodowód wyraźnie odbiega od klasycznego Biscotti/Jealousy/Sherb. Premium Cultivars Biscotti × Jealousy × Sherb Bx brak jednoznacznej wartości Klasyczny opis genealogii, ale bez równie mocnego eksponowania konkretnego maksymalnego THC. Philosopher Seeds Permanent Marker × Lemon Cherry Gelato do 35% To już wyraźnie nowa krzyżówka wykorzystująca Permanent Marker jako jednego z rodziców. Super Strains (Biscotti × Jealousy) × Sherb Bx do 35% Jedna z najwyższych deklaracji THC spotykanych przy Permanent Marker. Już ta tabela pokazuje dwie bardzo ważne rzeczy. Po pierwsze, deklarowana zawartość THC przy nasionach sprzedawanych jako Permanent Marker może wynosić od około: 25% aż do 35%. To ogromna różnica. Po drugie, nie wszyscy producenci podają identyczny rodowód. Dlatego stwierdzenie: „Permanent Marker ma 35% THC” jest zdecydowanie zbyt dużym uproszczeniem. Znacznie precyzyjniej należałoby powiedzieć: „niektórzy producenci nasion sprzedawanych pod nazwą Permanent Marker deklarują dla swoich wersji potencjał sięgający 35% THC”. To nie jest to samo. Permanent Marker Auto jeszcze bardziej komplikuje sytuację Na rynku pojawiły się również automatyczne wersje Permanent Marker. Przykładem jest Permanent Marker Auto od Blimburn Seeds, której rodowód producent przedstawia jako połączenie Permanent Marker z genetyką odpowiedzialną za autoflowering. Już sam fakt stworzenia wersji automatycznej oznacza, że nie może być ona genetycznie identyczna z pierwotną fotoperiodyczną Permanent Marker. Do materiału trzeba przecież wprowadzić cechę automatycznego kwitnienia. Mimo tego nazwa Permanent Marker pozostaje najważniejszym elementem produktu. To bardzo dobrze pokazuje, jak nazwa oryginalnej odmiany może z czasem zacząć obejmować całą rodzinę kolejnych produktów. Czy Permanent Marker stała się bardziej nazwą handlową niż jedną odmianą? Po porównaniu ofert wielu banków nasion można postawić interesującą tezę: na współczesnym rynku nasion określenie „Permanent Marker” coraz częściej funkcjonuje również jako rozpoznawalna nazwa handlowa określonego typu genetyki, a nie gwarancja jednego identycznego materiału genetycznego. Trzeba jednak zachować tutaj precyzję. Oryginalna Permanent Marker oczywiście istnieje. Ma swoich twórców, historię i określone pochodzenie związane z Seed Junky Genetics, JBeezy, Doja oraz liniami Biscotti, Jealousy i Sherb Bx. Nie oznacza to jednak, że każda paczka nasion Permanent Marker sprzedawana obecnie przez dowolnego producenta jest oryginalną Permanent Marker Seed Junky Genetics. I właśnie to rozróżnienie jest kluczowe. Możemy mieć: oryginalną Permanent Marker, reprodukcję Permanent Marker, własną selekcję breedera, Permanent Marker S1, backcross, rekonstrukcję podobnego rodowodu, Permanent Marker Auto, albo zupełnie nową krzyżówkę, w której Permanent Marker jest tylko jednym z rodziców. Dobrym przykładem jest Philosopher Seeds. Producent pod nazwą Permanent Marker oferuje genetykę: Permanent Marker × Lemon Cherry Gelato. To już z definicji nie jest identyczna kombinacja jak oryginalna Permanent Marker. Jeszcze ciekawiej wygląda przypadek Growers Choice Seeds, gdzie dla Permanent Marker pojawia się rodowód: Marker’s Mark × Tangie. Jest on zupełnie inny niż klasyczna kombinacja Biscotti, Jealousy i Sherb. Dlatego przed zakupem nasion sama nazwa odmiany mówi mniej, niż mogłoby się wydawać. Znacznie ważniejsze pytanie brzmi: co dokładnie konkretny breeder sprzedaje pod tą nazwą? Nazwa odmiany nie jest genetycznym numerem seryjnym To ważne nie tylko w przypadku Permanent Marker. Nazwa popularnej odmiany Cannabis nie działa jak numer seryjny urządzenia, który gwarantuje identyczną specyfikację niezależnie od sprzedawcy. Na rynku konopi nie istnieje jeden światowy system, który gwarantowałby, że każda roślina sprzedawana pod nazwą Permanent Marker posiada dokładnie identyczny profil DNA. W rezultacie poszczególne linie mogą różnić się: wykorzystanym materiałem rodzicielskim, pokoleniem, selekcją, wykorzystanym klonem, stopniem backcrossu, stabilizacją, profilem terpenowym, profilem kannabinoidowym, a w konsekwencji również potencjalnym poziomem THC. Permanent Marker zaczyna więc przypominać inne legendarne nazwy świata Cannabis. White Widow, Amnesia, Northern Lights, OG Kush czy Gelato również znajdziemy dzisiaj w katalogach wielu producentów, mimo że materiał oferowany przez poszczególne firmy nie musi być genetycznie identyczny. Z czasem popularna nazwa zaczyna oznaczać nie tylko konkretną pierwotną odmianę, ale również rodzinę produktów inspirowanych oryginałem oraz bardzo silną markę handlową. I dopiero mając to na uwadze możemy wrócić do głównego pytania: Czy konopie mogą naprawdę mieć 35% THC? Teoretycznie: tak. Praktycznie wynik taki należy traktować jako wartość ekstremalną, która powinna być poparta bardzo dobrym badaniem laboratoryjnym. Przede wszystkim trzeba jednak zrozumieć, co właściwie oznacza napis: „35% THC”. W kwiatach konopi znaczna część potencjalnego THC występuje nie jako neutralne Δ9-THC, lecz jako jego kwasowy prekursor: THCA – kwas tetrahydrokannabinolowy. Pod wpływem temperatury THCA ulega dekarboksylacji i przekształca się w THC. Dlatego przy określaniu potencjalnej całkowitej zawartości THC stosuje się przeliczenie uwzględniające zarówno Δ9-THC, jak i THCA. W uproszczeniu: Total THC = Δ9-THC + (THCA × 0,877) Współczynnik 0,877 uwzględnia różnicę masy cząsteczkowej wynikającą z dekarboksylacji THCA. Ma to ogromne znaczenie przy interpretowaniu wartości przekraczających 30%. Czy 35% oznacza 35% czystego Δ9-THC? Niekoniecznie. Jeżeli producent albo laboratorium mówi o 35% total THC, duża część tej wartości może pochodzić z THCA. Wyobraźmy sobie hipotetyczną próbkę zawierającą około: 39% THCA oraz niewielką ilość już obecnego Δ9-THC. Samo przeliczenie: 39 × 0,877 = około 34,2%. Po uwzględnieniu obecnego w próbce Δ9-THC potencjalny total THC może znaleźć się w pobliżu 35%. Z chemicznego punktu widzenia liczba 35% nie jest więc niemożliwa. Problem brzmi inaczej: jak często rzeczywiste kwiaty osiągają taki wynik i jak wiarygodny jest konkretny pomiar? 35% THC to zdecydowanie nie jest przeciętny wynik W ciągu ostatnich kilkudziesięciu lat średnia zawartość THC w konopiach wyraźnie wzrosła. Dane amerykańskich programów monitorujących Cannabis pokazują, że materiał roślinny dostępny kilkadziesiąt lat temu zawierał przeciętnie wielokrotnie mniej THC niż współczesne intensywnie selekcjonowane odmiany. Nie oznacza to jednak, że wartości przekraczające 30% stały się standardem. Wręcz przeciwnie. 35% należy traktować jako ekstremalnie wysoki wynik znajdujący się na samym szczycie skali dla materiału roślinnego. To bardzo ważne, ponieważ marketing współczesnych banków nasion może stworzyć wrażenie, że 30–35% THC jest obecnie czymś normalnym. Nie jest. To deklaracje dotyczące najbardziej ekstremalnych wyników lub maksymalnego potencjału wybranych genetyk. Istnieje również problem „THC inflation” W branży konopnej od kilku lat coraz częściej mówi się o zjawisku określanym jako: THC inflation czyli zawyżaniu deklarowanej zawartości THC. Mechanizm ekonomiczny jest prosty. Klienci często traktują THC jako najważniejszy parametr produktu. Jeżeli obok siebie znajdują się produkty oznaczone jako: 24% THC, 28% THC, 31% THC, 35% THC, część konsumentów automatycznie uzna produkt z największą liczbą za najlepszy. Powstaje więc bardzo silna presja rynkowa na uzyskiwanie i eksponowanie możliwie najwyższych wyników laboratoryjnych. Badanie z Kolorado – deklarowane THC kontra niezależny pomiar Bardzo interesujące wyniki przyniosło badanie opublikowane w czasopiśmie naukowym PLOS ONE, w którym analizowano próbki kwiatów konopi zakupione w legalnych punktach sprzedaży w Kolorado. Badacze ponownie oznaczyli ich zawartość THC metodami laboratoryjnymi. W wielu przypadkach wartości uzyskane podczas niezależnego badania były istotnie niższe od wartości znajdujących się na etykietach produktów. Średni wynik ponownego pomiaru wynosił około 15% THC, a autorzy wskazali znaczące różnice pomiędzy deklarowanymi i rzeczywiście zmierzonymi wartościami. W zależności od sposobu porównania niezależne wyniki były średnio o około 23–36% niższe od wartości podawanych na opakowaniach. To niezwykle ważna obserwacja. Nie dowodzi ona, że każdy wynik 30%, 33% czy 35% jest fałszywy. Pokazuje natomiast, dlaczego ekstremalnie wysokie deklaracje powinny być traktowane ostrożnie. Nawet laboratoria mogą uzyskiwać różne wyniki Problem nie ogranicza się wyłącznie do marketingu. Samo laboratoryjne oznaczanie kannabinoidów również wymaga odpowiednich metod, wzorców, kalibracji i kontroli jakości. Amerykański National Institute of Standards and Technology – NIST prowadzi specjalne programy dotyczące jakości badań laboratoryjnych Cannabis. Ich istnienie pokazuje, że porównywalność wyników pomiędzy laboratoriami jest realnym problemem analitycznym. NIST badał między innymi oznaczanie: Δ9-THC, THCA, Δ8-THC oraz total THC. W publikacjach naukowych zwracano również uwagę na możliwość występowania interferencji chromatograficznych, które w określonych warunkach mogą wpływać na oznaczenie Δ9-THC. Dlatego pojedynczy wynik laboratoryjny nie powinien automatycznie stawać się uniwersalną cechą przypisaną całej odmianie. Jeżeli jeden konkretny kwiat Permanent Marker osiągnie 34,7% total THC, nie oznacza to jeszcze, że: „Permanent Marker ma 34,7% THC”. Oznacza jedynie, że: konkretna przebadana próbka uzyskała taki wynik w konkretnym laboratorium przy zastosowaniu konkretnej metody analitycznej. To zasadnicza różnica. Czy istnieje biologiczna granica THC? Nie można wskazać jednej prostej wartości i powiedzieć: „powyżej 30%, 35% albo 40% Cannabis nie może już produkować THC”. Roślina nie jest jednak workiem wypełnionym czystym kannabinoidem. Kwiat składa się również z: wody, włókien, cukrów, białek, lipidów, minerałów, pigmentów, terpenów oraz wielu innych związków. Kannabinoidy produkowane są przede wszystkim w gruczołowych trichomach znajdujących się na powierzchni kwiatów. Im większa jest gęstość trichomów oraz im więcej kannabinoidów znajduje się w produkowanej przez nie żywicy, tym większy może być procentowy udział THCA i innych kannabinoidów w suchej masie próbki. Istnieją jednak fizyczne ograniczenia wynikające z samej budowy materiału roślinnego. Dlatego przejście z 15% do 20% nie jest tym samym problemem biologicznym co przejście z 30% do 35%. Im bardziej zbliżamy się do ekstremalnych wartości, tym każdy kolejny punkt procentowy staje się bardziej interesujący i wymaga mocniejszych dowodów. Genetyka nie gwarantuje wyniku z katalogu To jedna z najważniejszych rzeczy, o których należy pamiętać podczas czytania opisów nasion. Jeżeli producent pisze: „THC do 35%” nie oznacza to: „każda roślina wyhodowana z tych nasion będzie miała 35% THC”. Słowo: „do” ma tutaj ogromne znaczenie. Najczęściej powinniśmy interpretować taki parametr jako deklarowany maksymalny potencjał wybranych roślin lub fenotypów w określonych warunkach. Nasiona nie są przecież genetycznymi kopiami jednej rośliny. Poszczególne rośliny z tego samego opakowania mogą wykazywać różnice fenotypowe. Jeszcze większe różnice mogą występować pomiędzy Permanent Marker pochodzącymi od różnych breederów. Dlatego napis na opakowaniu: „Permanent Marker – 35% THC” nie jest gwarancją wyniku laboratoryjnego. Dlaczego jeden breeder podaje 25%, a drugi 35%? Po porównaniu producentów odpowiedź staje się znacznie bardziej oczywista. Nie musimy wcale porównywać identycznego materiału. Jeden breeder może pracować na innym klonie. Drugi na S1. Trzeci na backcrossie. Czwarty na rekonstrukcji rodowodu. Piąty stworzył dodatkową krzyżówkę. Do tego dochodzą różne fenotypy, różne laboratoria i różne metody raportowania wyników. Dlatego różnica: 25% kontra 35% niekoniecznie oznacza, że jeden producent posiada „słabą Permanent Marker”, a drugi „mocną Permanent Marker”. Może oznaczać, że porównujemy dwa produkty, które łączy przede wszystkim nazwa oraz wspólna inspiracja genetyczna, a nie identyczny materiał biologiczny. S1, BX i F2 – dlaczego te oznaczenia mają znaczenie? Przy analizowaniu rodowodu Permanent Marker warto zwracać uwagę na oznaczenia hodowlane. S1 oznacza pierwsze pokolenie powstałe w wyniku samozapylenia wybranej rośliny. F2 oznacza drugie pokolenie filialne powstałe po rozmnożeniu odpowiednich osobników wcześniejszego pokolenia. BX oznacza backcross, czyli krzyżowanie wsteczne z określonym materiałem rodzicielskim. Dlatego: Biscotti oraz: Biscotti S1 nie są technicznie identycznymi określeniami. Podobnie: Sherb, Sherb Bx i Sherb Bx1 nie powinny być bezrefleksyjnie traktowane jako dokładnie to samo. W marketingowych opisach odmian szczegóły genealogiczne bywają jednak skracane. To może być jednym z powodów, dla których rodowód Permanent Marker wygląda nieco inaczej w zależności od źródła. Co naprawdę potwierdziłoby 35% THC? Najbardziej przekonującym dowodem nie byłby opis producenta nasion, ale Certificate of Analysis – COA, czyli raport z niezależnego i wiarygodnego laboratorium. W takim dokumencie należałoby sprawdzić między innymi: THCA, Δ9-THC, total THC, metodę analityczną, identyfikację próbki, datę analizy, laboratorium wykonujące badanie, sposób przeliczenia wyniku. Jeszcze mocniejszym dowodem byłoby uzyskanie podobnych rezultatów dla większej liczby niezależnych próbek. Jednorazowy rekord jest bowiem czymś zupełnie innym niż powtarzalna cecha genetyczna. Informacja: „producent deklaruje do 35% THC” ma więc znacznie mniejszą wartość naukową niż: „niezależne laboratoria wielokrotnie potwierdziły około 35% total THC w reprezentatywnych próbkach tej konkretnej linii”. Czy Permanent Marker naprawdę może osiągnąć 35% THC? Po przeanalizowaniu dostępnych informacji najbardziej rozsądna odpowiedź brzmi: tak, wynik w okolicach 35% total THC jest chemicznie możliwy, ale należy traktować go jako wartość ekstremalną, a nie typowy wynik dla każdej Permanent Marker. Co więcej, nie istnieje jedna uniwersalna Permanent Marker sprzedawana przez wszystkich producentów. Dlatego nie możemy automatycznie przenosić wyniku uzyskanego przez jednego breedera na nasiona oferowane przez inną firmę. Jeżeli Super Strains deklaruje do 35%, nie oznacza to, że Permanent Marker od Royal Queen Seeds, Zamnesia, Seedstockers czy Seed Junky Genetics automatycznie posiada dokładnie taki sam potencjał. Są to osobne linie i osobne deklaracje. Permanent Marker – odmiana czy rodzina odmian? Być może najlepszym sposobem opisania obecnej sytuacji jest rozdzielenie dwóch pojęć. Oryginalna Permanent Marker To konkretna genetyka związana z Seed Junky Genetics i Doja, wywodząca się z rodziny Biscotti, Jealousy i Sherb Bx. Permanent Marker na współczesnym rynku nasion To znacznie szersza grupa produktów obejmująca: reprodukcje, własne selekcje, S1, backcrossy, rekonstrukcje, wersje automatyczne, oraz nowe hybrydy wykorzystujące Permanent Marker jako materiał rodzicielski. Pod tym względem Permanent Marker zaczyna przypominać takie nazwy jak: White Widow, Amnesia, Northern Lights, OG Kush czy Gelato. Oryginał posiada określoną historię, ale z czasem nazwa staje się tak rozpoznawalna, że zaczyna funkcjonować na rynku znacznie szerzej. Permanent Marker 35% THC – fakt czy marketing? Najuczciwsza odpowiedź znajduje się gdzieś pośrodku. 35% total THC nie jest wartością chemicznie niemożliwą. Współczesne, intensywnie selekcjonowane genetyki Cannabis mogą produkować bardzo wysokie stężenia THCA, a po przeliczeniu potencjalnego całkowitego THC możliwe jest przekroczenie granicy 30%. Jednocześnie: 35% znajduje się na ekstremalnym końcu skali. Nie należy traktować takiej wartości jako standardowego wyniku całej odmiany. Istnieją również naukowe dowody pokazujące, że deklarowane wartości THC na legalnym rynku Cannabis mogą być wyższe od wartości uzyskanych podczas niezależnej ponownej analizy. Do tego dochodzą różnice pomiędzy laboratoriami, metodami analitycznymi i sposobami przygotowania próbek. Dlatego deklarację: „Permanent Marker – do 35% THC” najlepiej czytać dosłownie. Nie: „Permanent Marker ma 35% THC”. Lecz: „producent deklaruje, że wybrane rośliny jego konkretnej linii Permanent Marker mogą osiągnąć wynik sięgający około 35% THC”. To znacznie bardziej precyzyjne stwierdzenie. Podsumowanie – Permanent Marker to dziś również nazwa handlowa Permanent Marker jest świetnym przykładem tego, jak szybko wyjątkowo popularna genetyka może stać się jednocześnie odmianą, rodziną odmian i bardzo silną nazwą handlową. Oryginalna Permanent Marker posiada konkretną historię. Jej powstanie związane jest z Seed Junky Genetics, JBeezy i Doja, a genealogia prowadzi przede wszystkim przez Biscotti, Jealousy oraz Sherb Bx. Jednak dzisiejszy rynek nasion wygląda już zupełnie inaczej. Pod nazwą Permanent Marker znajdziemy produkty deklarowane jako: (Biscotti × Jealousy) × Sherb Bx, (Biscotti × Sherb Bx) × Jealousy, własne selekcje i backcrossy, wersje automatyczne, Permanent Marker × Lemon Cherry Gelato, a nawet materiał, dla którego podawany jest zupełnie inny rodowód. Trudno uznać wszystkie te produkty za jedną identyczną genetykę. Dlatego Permanent Marker można dziś traktować również jako nazwę handlową, która informuje konsumenta, do jakiej popularnej genetyki produkt ma nawiązywać, ale sama nazwa nie daje gwarancji identycznego pochodzenia. To bardzo ważny wniosek również w kontekście THC. Jeżeli jeden producent podaje: 25%, drugi: 28%, kolejny: 33%, a jeszcze inny: 35% THC, niekoniecznie obserwujemy różne wyniki tej samej odmiany. Możemy porównywać różne linie genetyczne sprzedawane pod tą samą rozpoznawalną nazwą. Dlatego pytanie: „Czy Permanent Marker może mieć 35% THC?” warto zastąpić znacznie bardziej precyzyjnym: „Która Permanent Marker, od którego breedera, o jakim dokładnie rodowodzie i czy istnieje niezależne badanie laboratoryjne potwierdzające wynik 35% total THC?” Dopiero wtedy można próbować oddzielić rzeczywisty potencjał genetyczny od marketingowej walki na coraz wyższe procenty. I właśnie w przypadku Permanent Marker jest to szczególnie ważne. 35% THC jest możliwe, ale sama nazwa Permanent Marker ani liczba podana w katalogu nasion nie stanowią jeszcze dowodu, że konkretny materiał genetyczny rzeczywiście i powtarzalnie osiąga taki wynik.
  2. Mogłeś wcześniej profilaktycznie popryskać środkiem na pleśń i grzyby oraz w szklarni otworzyć drzwi i wstawić na wejściu wiatrak tak żeby na wylot był przewiew.
  3. Grunt to uczyć się na własnych błędach, bo to najlepszy sposób nauki. Czytać warto ale wyciąganie własnych wniosków jest najlepsze. Za rok na pewno pójdzie Ci lepiej
  4. Na początku zdjęć dodałeś film, ale nie dało się go odtworzyć, więc go usunąłem.
  5. Nie zakładaj na przyszłość kilku takich samych tematów, bo tylko mi robotę robisz i muszę taki syf kasować.
  6. Wygląda na bibułki do blantów
  7. Przez dziesięciolecia breeding można było sprowadzić do pozornie prostego schematu: skrzyżować interesujących rodziców, otrzymać dużą populację potomstwa, obserwować rośliny i zachować najlepsze osobniki. Im większe doświadczenie hodowcy i im lepsze „oko” do selekcji, tym większa była szansa na sukces. Dziś ten model zaczyna się zmieniać. Nie dlatego, że rośliny nagle przestały wymagać selekcji. Nie dlatego również, że sztuczna inteligencja nauczyła się projektować odmiany na żądanie. Największa zmiana jest znacznie mniej widowiskowa, ale być może ważniejsza: breeder zaczyna podejmować decyzje na podstawie znacznie większej ilości informacji niż sam fenotyp. Genomika, markery DNA, automatyczne fenotypowanie, analiza rodowodów, modele statystyczne i AI-assisted breeding zaczynają tworzyć jeden system. Można nazwać go Breeding 2.0. I jeżeli ta transformacja rzeczywiście się dokona, może zmienić nie tylko sposób tworzenia nowych odmian, ale również to, jak w przyszłości będziemy oceniać nasiona marihuany i nasiona konopi. Najdroższą rzeczą w breedingu może być błędna decyzja Wyobraźmy sobie program hodowlany rozpoczynający się od 10 000 roślin. Z tej populacji breeder wybiera 500 osobników. Następnie 100. Później 20. Ostatecznie kilka z nich zostaje wykorzystanych w dalszym programie. Na każdym etapie podejmowana jest decyzja: zachować czy odrzucić? Problem polega na tym, że decyzja może być błędna w obie strony. Można zachować przeciętną roślinę, która wygląda wyjątkowo tylko dlatego, że trafiła na korzystne warunki. Można również odrzucić genotyp, który nie prezentuje się spektakularnie, ale posiada wyjątkową wartość hodowlaną. I właśnie tutaj zaczyna się prawdziwe znaczenie Breeding 2.0. Celem technologii nie musi być znalezienie „idealnej rośliny”. Celem może być zmniejszenie liczby błędnych decyzji podejmowanych podczas całego programu hodowlanego. To subtelna, ale fundamentalna różnica. Najładniejsza roślina nie musi być najlepszym rodzicem To jeden z paradoksów hodowli. Jeżeli mamy dwie niezwykle interesujące rośliny, naturalnym odruchem jest skrzyżowanie ich ze sobą. Jednak fenotyp rodzica nie mówi wszystkiego o tym, jaką wartość będzie miał jako materiał hodowlany. Breeder tak naprawdę nie selekcjonuje wyłącznie roślin. Selekcjonuje również zdolność do przekazywania korzystnych wariantów następnemu pokoleniu. Roślina może mieć znakomity fenotyp, ale jej potomstwo może silnie segregować. Inna może wyglądać mniej spektakularnie, ale konsekwentnie przekazywać pożądane cechy. Dlatego jednym z najciekawszych zastosowań AI Breeding nie jest komputerowe ocenianie, która roślina wygląda najlepiej. Znacznie ciekawsze pytanie brzmi: który rodzic daje największą szansę otrzymania wartościowego potomstwa? To już zupełnie inny problem matematyczny. AI Breeding nie musi projektować rośliny, żeby zmienić breeding Marketingowa wizja AI jest bardzo efektowna. Komputer analizuje DNA, użytkownik wpisuje oczekiwane parametry i kilka sekund później algorytm „projektuje” nową odmianę. Biologia tak nie działa. Rekombinacja nadal istnieje. Segregacja nadal istnieje. Środowisko nadal wpływa na fenotyp. Nie znamy również funkcji każdego wariantu występującego w genomie. Dlatego bardziej realistyczny AI-assisted breeding działa inaczej. Algorytm może otrzymać dane dotyczące tysięcy wcześniejszych roślin i próbować przewidzieć, które osobniki warto pozostawić w programie. Może analizować podobieństwo genetyczne potencjalnych rodziców, przewidywać wartość hodowlaną albo pomagać określić, które kombinacje krzyżowań są najbardziej interesujące. Nie mówi więc: „stwórzmy tę odmianę”. Raczej: „spośród tysięcy możliwych decyzji te wyglądają najbardziej obiecująco”. I to wystarczy, aby technologia mogła mieć ogromne znaczenie. Problem 10 000 możliwych krzyżowań Załóżmy, że breeder posiada 100 interesujących linii. Liczba możliwych kombinacji robi się bardzo duża, zanim jeszcze wysiejemy pierwsze nasiona konopi z nowego programu. Nie wszystkie kombinacje można praktycznie przetestować. Potrzebne byłyby ogromne powierzchnie, czas i pieniądze. Klasyczny breeder wykorzystuje więc wiedzę o rodowodzie, fenotypie i wcześniejszych doświadczeniach. Breeding 2.0 dodaje kolejne warstwy informacji. Model może analizować pokrewieństwo genomiczne, haplotypy, wcześniejsze wyniki potomstwa, dane fenotypowe i korelacje pomiędzy cechami. Następnie może stworzyć ranking potencjalnych krzyżowań. To nadal nie oznacza, że kombinacja numer jeden okaże się najlepsza. Ale jeżeli dzięki modelowi breeder zamiast testować 100 przypadkowych kombinacji przetestuje 100 najbardziej obiecujących spośród kilku tysięcy, zmienia się prawdopodobieństwo znalezienia czegoś wartościowego. I właśnie w prawdopodobieństwie, a nie w „projektowaniu DNA”, kryje się prawdziwa siła AI Breeding. Największym aktywem firmy nasiennej mogą być dane, których klient nigdy nie zobaczy Jeżeli dwie firmy kupią ten sam komputer i użyją podobnego algorytmu, czy będą równie dobre w AI-assisted breeding? Nie. Ponieważ przewaga nie musi znajdować się w samym AI. Może znajdować się w historii programu hodowlanego. Wyobraźmy sobie firmę, która przez kilkanaście lat dokładnie dokumentowała każde pokolenie: rodziców, potomstwo, wyniki fenotypowe, profile chemiczne, warunki środowiskowe, odrzucone osobniki i rezultaty kolejnych krzyżowań. Powstaje gigantyczny zbiór danych: parent A × parent B → offspring performance. Powtórzony tysiące razy staje się czymś niezwykle wartościowym. Nowoczesny model może zacząć szukać w nim zależności, których człowiek nie był w stanie zauważyć. Dlatego przyszła przewaga firm oferujących nasiona marihuany może nie wynikać wyłącznie z dostępu do wyjątkowych genetyk. Może wynikać z czegoś mniej widowiskowego: dobrze prowadzonej bazy danych hodowlanych. Najcenniejsze dane mogą pochodzić z porażek Tu pojawia się jeszcze ciekawszy paradoks. Marketing pokazuje zwycięzców. Model AI potrzebuje również przegranych. Jeżeli firma zapisuje tylko informacje o najlepszych roślinach, traci ogromną część wiedzy. Dla modelu niezwykle wartościowa jest informacja, że określone krzyżowanie nie zadziałało. Że konkretny rodzic dawał niestabilne potomstwo. Że pożądany marker nie przełożył się na oczekiwany fenotyp. Że dana kombinacja działała w jednym środowisku, ale zawodziła w drugim. Człowiek naturalnie chce zapominać o porażkach. Data-driven breeding powinien je archiwizować. W świecie AI nieudane krzyżowanie nie musi być całkowicie straconym sezonem. Może stać się danymi treningowymi. Nasiona marihuany jako populacja, a nie fotografia jednej rośliny To prowadzi do kolejnej zmiany, która może mieć duże znaczenie dla rynku. Przez lata odmiany często prezentowano za pomocą jednej spektakularnej rośliny. Piękne zdjęcie stawało się wizualną reprezentacją całej genetyki. Tyle że kupując nasiona, nie kupujemy fotografii. Kupujemy rozkład możliwości genetycznych zawartych w populacji. Dlatego profesjonalna ocena partii nasion marihuany powinna w coraz większym stopniu odpowiadać na pytania dotyczące całej populacji. Jak szeroka jest zmienność? Jak często występują określone fenotypy? Ile pojawia się off-types? Jak podobne są kolejne partie? Jak duża część potomstwa mieści się w deklarowanym zakresie? To właśnie tutaj dane mogą być znacznie bardziej wartościowe niż kolejny opis „premium genetics”. Breeding 2.0 może zmienić znaczenie słowa „stabilna” Jednym z najczęściej używanych określeń w świecie genetyki konopi jest „stabilna odmiana”. Ale stabilna w jakim sensie? Pod względem wysokości? Terminu rozwoju? Chemotypu? Morfologii? Konkretnego metabolitu? Wszystkich cech jednocześnie? Breeding oparty na danych pozwala zastąpić ogólne określenie konkretnym pomiarem. Zamiast mówić: „bardzo stabilna genetyka” można pokazać rozkład określonej cechy w populacji. I tutaj zaczyna się ciekawa konsekwencja Breeding 2.0: im więcej mierzymy, tym trudniej posługiwać się nieprecyzyjnymi hasłami. Dane są bezlitosne dla marketingu. Genetyka konopi nie jest kodem programu komputerowego Entuzjazm związany z AI prowadzi jednak czasami do drugiej skrajności: przekonania, że genom jest czymś podobnym do kodu źródłowego. Jeżeli tylko odczytamy go wystarczająco dokładnie, będziemy mogli przewidzieć roślinę. To zbyt proste. Fenotyp jest wynikiem genotypu, środowiska, rozwoju oraz interakcji pomiędzy nimi. W przypadku cech złożonych ogromne znaczenie może mieć wiele loci o niewielkim efekcie. Dlatego nawet doskonała znajomość DNA nie oznacza pełnej znajomości przyszłego fenotypu. AI może poprawić przewidywanie. Nie zmienia biologii w deterministyczny program komputerowy. To niezwykle ważne rozróżnienie, szczególnie gdy określenia AI Breeding i Breeding 2.0 zaczynają trafiać do marketingu. Paradoks AI: żeby przewidywać fenotyp, trzeba najpierw bardzo dobrze mierzyć fenotyp Można zbudować ogromną bazę genomiczną, ale model nadal musi wiedzieć, czego ma się nauczyć. Jeżeli breeder opisuje rośliny za pomocą kategorii „dobry”, „średni” i „słaby”, właśnie taką jakość informacji otrzymuje algorytm. Dlatego rozwój AI Breeding jest bezpośrednio związany z inną rewolucją: high-throughput phenotyping. Kamery mogą mierzyć dynamikę wzrostu. Obrazowanie termiczne może rejestrować różnice fizjologiczne. Systemy 3D mogą analizować architekturę. Czujniki środowiskowe mogą dokładnie dokumentować warunki, w których rozwijał się dany genotyp. Zamiast pojedynczej obserwacji otrzymujemy historię życia rośliny zapisaną jako dane. Dla AI różnica jest fundamentalna. Cyfrowy fenotyp może zobaczyć coś, czego breeder nigdy nie mierzył To jeden z najbardziej fascynujących aspektów całej technologii. Tradycyjnie breeder najpierw definiuje cechę, a następnie ją mierzy. Na przykład wysokość. AI może odwrócić kolejność. Model analizujący tysiące obrazów może znaleźć subtelny wzorzec, którego człowiek nigdy wcześniej nie traktował jako osobnej cechy. Może się okazać, że określona dynamika zmian architektury w konkretnym okresie rozwoju koreluje z późniejszym performance. Powstaje wtedy coś w rodzaju digital phenotype — cechy wyprowadzonej z danych, która nie musi mieć klasycznej nazwy używanej przez hodowców. To ogromna możliwość. Ale również zagrożenie. Bo korelacja znaleziona przez algorytm nadal wymaga walidacji biologicznej. Najgroźniejszy breeder przyszłości może mieć świetne AI i fatalne dane W dyskusjach technologicznych często zakłada się: lepszy algorytm = lepszy wynik. W praktyce może być odwrotnie. Prosty model pracujący na świetnie zaprojektowanych doświadczeniach może być bardziej użyteczny niż niezwykle zaawansowana sieć neuronowa uczona na bałaganie. Jeżeli dane pochodzą z różnych warunków, pomiary były wykonywane niespójnie, brakuje kontroli, populacja jest niewielka albo model przypadkowo nauczył się efektów środowiskowych, AI może produkować bardzo przekonujące błędy. Dlatego jednym z najważniejszych elementów Breeding 2.0 pozostaje coś bardzo staromodnego: dobry eksperyment. Randomizacja, replikacja, kontrola środowiska i niezależna walidacja nie stają się mniej potrzebne dlatego, że pojawiła się sztuczna inteligencja. Stają się jeszcze ważniejsze. Czy AI może odkryć, że breeder przez lata selekcjonował niewłaściwą cechę? To byłby jeden z najciekawszych rezultatów. Wyobraźmy sobie, że przez wiele generacji hodowca wybierał rośliny według cechy A, ponieważ doświadczenie podpowiadało mu, że jest ona związana z późniejszym wynikiem B. Po analizie tysięcy rekordów model odkrywa jednak, że A ma niewielką wartość predykcyjną. Znacznie lepszym predyktorem okazuje się kombinacja C + D + E. W takim momencie AI nie zastępuje breedera. Robi coś bardziej niewygodnego: kwestionuje jego intuicję. I właśnie dlatego prawdziwy data-driven breeding może być trudniejszy kulturowo niż technologicznie. Trzeba zaakceptować możliwość, że dane czasami powiedzą: przez ostatnie dziesięć lat patrzyliśmy na niewłaściwą rzecz. Ale AI również może się mylić Nie należy odwracać hierarchii i uznawać algorytmu za nowego nieomylnego eksperta. Model może nauczyć się korelacji, która istnieje wyłącznie w danych treningowych. Może źle działać na nowej populacji. Może nie rozumieć rzadkiego genotypu. Może zostać oszukany przez zmianę środowiska. Dlatego wynik: AI score: 97/100 sam w sobie niewiele znaczy. Najważniejsze pytanie brzmi: czy ten wynik przewiduje rzeczywiste zachowanie nowych, wcześniej niewidzianych roślin? To jest granica pomiędzy demonstracją technologiczną a narzędziem hodowlanym. Najciekawsza roślina może dostać od AI bardzo niski wynik I tutaj pojawia się kolejny paradoks. Model uczy się przede wszystkim na przeszłości. Wie, jakie rośliny wcześniej uznawaliśmy za wartościowe. Co jednak, jeśli w nowej populacji pojawi się fenotyp, którego nigdy wcześniej nie widzieliśmy? Algorytm może uznać go za anomalię i odrzucić. A właśnie ta anomalia może być najciekawszym osobnikiem całego programu. Dlatego przyszłe systemy AI-assisted breeding nie powinny jedynie odpowiadać: „pokaż najlepsze rośliny”. Powinny również potrafić odpowiedzieć: „pokaż rośliny, których nie rozumiem”. Dla breedera druga lista może być nawet ciekawsza od pierwszej. AI może więc chronić intuicję breedera zamiast ją zabijać Brzmi paradoksalnie, ale automatyzacja może sprawić, że ludzkie oko stanie się bardziej wartościowe. Jeżeli system automatycznie wykonuje tysiące rutynowych pomiarów, breeder nie musi poświęcać czasu na czynności, które komputer wykonuje lepiej. Może skoncentrować się na: nietypowych osobnikach, nieoczekiwanych kombinacjach cech, nowych kierunkach selekcji i decyzjach strategicznych. W takim modelu maszyna odpowiada: „co widzą dane?” A breeder: „czy ma to biologiczny i hodowlany sens?” To znacznie bardziej realistyczna przyszłość niż pełna automatyzacja. Czy AI Breeding stworzy „idealne” nasiona marihuany? Nie istnieje jeden idealny genotyp. Każda selekcja zawiera kompromisy. Zwiększenie jednej cechy może wpływać na inną. Genotyp świetnie zachowujący się w jednym środowisku może być przeciętny w drugim. Maksymalizacja wydajności nie musi oznaczać maksymalizacji stabilności. Dlatego AI nie rozwiązuje najważniejszego pytania: co właściwie chcemy stworzyć? To breeder musi zdefiniować objective function. Algorytm może świetnie optymalizować zły cel. A wtedy otrzymamy bardzo skutecznie wyhodowaną odpowiedź na niewłaściwe pytanie. Prawdziwy test Breeding 2.0 znajduje się w następnym pokoleniu Można posiadać imponujące laboratorium, własne modele AI, ogromną bazę markerów i zaawansowane systemy fenotypowania. Ostatecznie jednak breeding posiada brutalnie prosty test. Co dało potomstwo? Czy przewidywane cechy rzeczywiście się pojawiły? Czy zostały przekazane następnej generacji? Czy populacja stała się bardziej przewidywalna? Czy wzrosła wartość hodowlana? Czy model potrafił przewidzieć wynik na materiale, którego wcześniej nie widział? Jeżeli tak, technologia ma wartość. Jeżeli nie, pozostaje interesującą prezentacją. Za kilka lat etykieta „AI-selected” może znaczyć tyle samo co „premium” To realne zagrożenie. Kiedy termin technologiczny zaczyna dobrze sprzedawać produkt, szybko traci precyzję. Możemy więc zobaczyć nasiona marihuany reklamowane jako AI-selected, AI-optimized albo AI-designed bez możliwości sprawdzenia, co właściwie wykonano. Dlatego klient zainteresowany technologią powinien pytać nie: „czy używacie AI?” ale: „do jakiej decyzji hodowlanej używacie AI i czy potraficie pokazać, że poprawia wynik?” Jedno pytanie potrafi oddzielić znaczną część AI Breeding od AI marketingu. Breeding 2.0 nie zaczyna się od komputera Zaczyna się od pomiaru. Od dokumentowania rodowodów. Od zachowania danych również o nieudanych krzyżowaniach. Od poprawnego fenotypowania. Od porównywania populacji. Od walidacji. Dopiero na tym fundamencie genomika, machine learning i AI mogą stworzyć przewagę. Firma posiadająca świetne dane i przeciętny algorytm może więc znajdować się bliżej prawdziwego Breeding 2.0 niż firma posiadająca najnowszy model AI, ale słabe doświadczenia hodowlane. Przyszłość rynku nasion konopi może należeć do firm, które potrafią udowodnić swoje deklaracje Największa rewolucja może ostatecznie nie dotyczyć samego tworzenia odmian. Może dotyczyć dowodów. Jeżeli profesjonalizacja rynku będzie postępować, określenia takie jak „stabilna”, „F1”, „AI-selected” czy „genetically optimized” mogą przestać wystarczać. Coraz ważniejsze będzie pokazanie: jak duża populacja została przebadana, jak wyglądała zmienność, jak sprawdzano potomstwo, czy przeprowadzono walidację, jak zachowywały się kolejne partie nasion konopi i jaka była rzeczywista trafność przewidywań. To byłaby dużo większa zmiana niż dodanie AI do procesu selekcji. Byłoby to przejście od: „uwierz breederowi” do: „pokaż dane”. I być może właśnie tym naprawdę jest Breeding 2.0 Nie nową nazwą dla krzyżowania roślin. Nie komputerem projektującym odmiany. Nie markerem DNA przyklejonym do opakowania. Nie słowem „AI” na stronie producenta. Prawdziwe Breeding 2.0 można rozumieć jako zmianę filozofii: każda kolejna generacja nie dostarcza tylko nowych roślin. Dostarcza również nowych danych, które powinny poprawić następną decyzję. Powstaje pętla: krzyżowanie → potomstwo → pomiar → dane → model → selekcja → nowe krzyżowanie. Im dłużej działa, tym więcej program wie o własnym materiale genetycznym. I tutaj AI-assisted breeding rzeczywiście może okazać się przełomowy. Nie dlatego, że sztuczna inteligencja zastąpi breedera, lecz dlatego, że człowiek nie jest w stanie samodzielnie przeanalizować milionów zależności powstających w dobrze udokumentowanym programie hodowlanym. Breeder przyszłości nadal będzie patrzył na rośliny. Nadal będzie podejmował ryzyko. Nadal będzie czasem wybierał nietypowy fenotyp wbrew statystyce. Tyle że obok intuicji będzie miał coś, czego poprzednie pokolenia hodowców praktycznie nie posiadały: pamięć tysięcy wcześniejszych decyzji zapisaną w danych. I być może właśnie to będzie największą przewagą AI Breeding. Nie sztuczna inteligencja, która wie, jak stworzyć idealną roślinę. Tylko system, który pomaga breederowi rzadziej popełniać ten sam błąd dwa razy.
  8. Polscy pacjenci mogą legalnie korzystać z medycznej marihuany, w kraju funkcjonują apteki wydające leki recepturowe na bazie konopi, a cały rynek podlega ścisłemu nadzorowi państwa. Jest jednak pewien paradoks: możliwość legalnego stosowania marihuany w medycynie nie oznacza, że prywatne polskie przedsiębiorstwa mogą po prostu rozpocząć komercyjną uprawę konopi na potrzeby produkcji takiego surowca. W czerwcu 2026 roku Konfederacja podjęła próbę zmiany tej sytuacji. Ugrupowanie zaproponowało przepisy, które otwierałyby możliwość prowadzenia kontrolowanych upraw również przez prywatnych przedsiębiorców. Nie chodziło przy tym o legalizację marihuany rekreacyjnej ani o swobodną sprzedaż konopi. Propozycja dotyczyła produkcji surowca farmaceutycznego w ramach systemu zezwoleń i nadzoru Głównego Inspektora Farmaceutycznego. Pomysł ostatecznie przepadł. Komisja Zdrowia rekomendowała odrzucenie poprawek, a 11 czerwca 2026 roku Sejm zagłosował przeciwko nim. Wynik głosowania pokazuje przy tym interesujący podział polityczny: przeciwko rozwiązaniu wystąpiły przede wszystkim ugrupowania tworzące większość rządową, podczas gdy znacząca część Prawa i Sprawiedliwości wstrzymała się od głosu. Spór jest jednak znacznie szerszy niż dyskusja o samej marihuanie. Dotyczy tego, czy Polska powinna rozwijać własny, silnie regulowany przemysł konopny i farmaceutyczny, czy pozostawić możliwość krajowych upraw w znacznie bardziej ograniczonym modelu. Konfederacja nie złożyła osobnej „ustawy o marihuanie” Na początku warto wyjaśnić jedną rzecz, ponieważ w uproszczonych przekazach łatwo o nieścisłość. Konfederacja nie przedstawiła w tej sprawie odrębnego projektu ustawy poświęconego produkcji medycznej marihuany. Zmiany zostały zaproponowane jako dwie poprawki do rządowego projektu ustawy o zmianie ustawy o przeciwdziałaniu narkomanii oraz niektórych innych ustaw. Projekt rządowy był procedowany jako druk nr 2499, następnie pojawił się druk nr 2610, a poprawki zgłoszone podczas drugiego czytania znalazły się w dodatkowym sprawozdaniu Komisji Zdrowia – druku nr 2610-A. Ma to znaczenie, ponieważ zdanie „Konfederacja złożyła projekt umożliwiający polskim firmom produkowanie medycznej marihuany” oddaje ogólny sens politycznej inicjatywy, ale formalnie nie jest całkowicie precyzyjne. Dokładniej należałoby powiedzieć: Konfederacja zgłosiła do rządowego projektu ustawy poprawki, które miały umożliwić prywatnym przedsiębiorcom prowadzenie w Polsce upraw konopi innych niż włókniste w celu wytwarzania surowca farmaceutycznego. I właśnie taka zmiana mogła mieć duże znaczenie dla polskiego rynku. Co dokładnie chciała zmienić Konfederacja? Treść poprawki nie pozostawia większych wątpliwości co do jej celu. Konfederacja zaproponowała zmianę art. 49a ustawy o przeciwdziałaniu narkomanii. Według przedstawionej propozycji uprawa konopi innych niż włókniste oraz zbiór ich ziela lub żywicy w celu wytwarzania surowca farmaceutycznego mogłyby być prowadzone po uzyskaniu zezwolenia Głównego Inspektora Farmaceutycznego także przez przedsiębiorcę. Nie chodziło jednak o każdego przedsiębiorcę prowadzącego dowolną działalność gospodarczą. Projekt wymieniał konkretnie przedsiębiorców działających w formie spółki akcyjnej albo spółki z ograniczoną odpowiedzialnością. Jednocześnie nadal możliwość prowadzenia takich upraw zachowałyby uprawnione instytuty badawcze. Byłaby to więc istotna zmiana filozofii obowiązujących regulacji: prywatny kapitał zostałby dopuszczony do działalności, która ze względu na charakter produkowanego surowca pozostawałaby jednak pod szczególnym nadzorem państwa. To nie miała być wolna amerykanka W politycznych sporach dotyczących konopi bardzo łatwo pomieszać trzy zupełnie różne kwestie: legalizację marihuany rekreacyjnej, dostęp pacjentów do medycznej marihuany oraz możliwość przemysłowej produkcji surowca farmaceutycznego. Poprawki Konfederacji dotyczyły tej ostatniej kwestii. Nie przewidywały systemu, w którym przedsiębiorca zakłada plantację, produkuje susz i sprzedaje go bezpośrednio konsumentom. Podstawowym warunkiem rozpoczęcia działalności miało pozostawać uzyskanie zezwolenia Głównego Inspektora Farmaceutycznego. GIF jest organem nadzorującym rynek farmaceutyczny, a działalność związana z wytwarzaniem i importem produktów leczniczych już obecnie funkcjonuje w ramach systemu administracyjnych zezwoleń i kontroli. Sam surowiec farmaceutyczny przeznaczony do sporządzania leków recepturowych i aptecznych wymaga odpowiedniego pozwolenia na dopuszczenie do obrotu. Propozycja była więc bliższa stworzeniu ściśle regulowanej branży farmaceutycznej niż liberalizacji dostępu do marihuany. Zezwolenie nawet na dziesięć lat W projekcie znalazły się również rozwiązania pokazujące, że jego autorzy myśleli o działalności prowadzonej na skalę gospodarczą. Zezwolenie na uprawę mogłoby zostać wydane na okres nie dłuższy niż 10 lat. Jednocześnie przedsiębiorca miałby obowiązek faktycznie rozpocząć uprawę w określonym terminie. Według poprawki musiałby zrobić to w ciągu sześciu miesięcy od wydania zezwolenia. Co więcej, projekt precyzował nawet, co należy rozumieć przez rozpoczęcie prowadzenia uprawy: na terenie obiektu objętego zezwoleniem miały znajdować się rośliny co najmniej w początkowym stadium wzrostu na całej powierzchni przeznaczonej do uprawy. Takie rozwiązanie mogło ograniczać sytuacje, w których przedsiębiorca zdobywa zezwolenie, ale przez długi czas faktycznie nie prowadzi działalności. Minimum 1000 metrów kwadratowych Jeszcze ciekawsza była druga poprawka. Konfederacja zaproponowała dodanie art. 49b ustanawiającego minimalną powierzchnię uprawy na poziomie 1000 m². Co istotne, dokument bardzo dokładnie definiował sposób obliczania tej powierzchni. W przypadku tradycyjnych upraw jednopoziomowych uwzględniana miała być łączna powierzchnia stołów uprawowych. W instalacjach wielopoziomowych liczyłaby się natomiast suma powierzchni wszystkich poziomów regałów. Projekt wskazywał również, że do rzeczywistej powierzchni uprawy zaliczane byłyby rośliny znajdujące się na różnych etapach rozwoju – od roślin matecznych i klonów po fazę wegetacji i kwitnienia. Trudno zatem mówić o rozwiązaniu przygotowanym pod drobne, przydomowe plantacje. Minimalna powierzchnia sugeruje model profesjonalnej produkcji prowadzonej przez podmioty posiadające odpowiednią infrastrukturę i kapitał. Dlaczego krajowa produkcja mogłaby mieć znaczenie? To właśnie tutaj dyskusja przestaje być wyłącznie politycznym sporem dotyczącym marihuany. Medyczna marihuana jest elementem rynku farmaceutycznego, a w przypadku substancji kontrolowanych sam import również podlega dodatkowym procedurom. GIF wydaje m.in. pozwolenia dotyczące przywozu i wewnątrzwspólnotowego nabycia środków odurzających oraz substancji psychotropowych. Dopuszczenie prywatnych przedsiębiorstw do krajowych upraw mogłoby zatem – przynajmniej teoretycznie – stworzyć nowy segment polskiego przemysłu farmaceutycznego. Potencjalne znaczenie takiej reformy można rozpatrywać na kilku płaszczyznach. Po pierwsze, część wartości związanej z produkcją surowca pozostawałaby w kraju. Powstawałyby inwestycje w specjalistyczne obiekty, systemy kontroli upraw, laboratoria, bezpieczeństwo, przetwarzanie oraz logistykę. Po drugie, krajowa produkcja mogłaby z czasem ograniczać zależność od zagranicznych dostawców. Nie oznacza to automatycznie niższych cen w aptekach – na końcową cenę wpływa wiele czynników – ale zwiększenie liczby źródeł dostaw może poprawiać konkurencję i odporność rynku. Po trzecie, wokół takiej produkcji mogłyby rozwijać się kompetencje technologiczne i farmaceutyczne, które później można wykorzystywać również na innych rynkach. Nie oznacza to oczywiście, że samo uchwalenie poprawki natychmiast doprowadziłoby do spadku cen medycznej marihuany czy powstania dziesiątek zakładów produkcyjnych. Byłoby to jedynie stworzenie prawnej możliwości wejścia prywatnych podmiotów na rynek. Państwo nadal kontrolowałoby rynek Jest to szczególnie ważne z punktu widzenia argumentów przeciwników liberalizacji prawa konopnego. Dopuszczenie prywatnych przedsiębiorców do upraw nie oznaczałoby rezygnacji z kontroli państwa. Już sam fakt, że działalność wymagałaby zezwolenia GIF, umieszczałby ją w zupełnie innej kategorii niż zwykła działalność rolnicza. Rynek farmaceutyczny podlega rozbudowanym regulacjom dotyczącym m.in. wytwarzania, importu, dystrybucji i dopuszczania produktów do obrotu. GIF wskazuje, że zezwolenie na wytwarzanie lub import produktu leczniczego jest decyzją administracyjną uprawniającą przedsiębiorcę do prowadzenia takiej działalności. Debata nie sprowadzała się więc do pytania: „czy pozwolić na uprawę marihuany?”. Znacznie trafniejsze pytanie brzmi: czy w kontrolowanym przez państwo systemie farmaceutycznym należy dopuścić do produkcji surowca również prywatne polskie przedsiębiorstwa? Komisja Zdrowia: odrzucić Poprawki nie uzyskały jednak poparcia Komisji Zdrowia. Sejm skierował projekt ponownie do komisji po drugim czytaniu 9 czerwca 2026 roku. Dzień później Komisja Zdrowia rozpatrzyła zgłoszone propozycje. Przy obu poprawkach Konfederacji w oficjalnym druku nr 2610-A znalazła się rekomendacja: „odrzucić”. Jednocześnie zaznaczono, że obie poprawki powinny zostać poddane pod głosowanie łącznie. Ostateczna decyzja należała jednak do całego Sejmu. 11 czerwca 2026 roku zapadła decyzja Do głosowania doszło 11 czerwca 2026 roku podczas 59. posiedzenia Sejmu. Wicemarszałek prowadzący obrady poinformował, że poprawka nr 1 zmienia brzmienie art. 49a, jest powiązana z poprawką nr 2 i dlatego obie zostaną poddane pod głosowanie razem. Wynik był jednoznaczny. Głosowało 439 posłów: 27 było za, 235 przeciw, 177 wstrzymało się od głosu. Poprawki zostały odrzucone. Kto zagłosował przeciwko polskim prywatnym uprawom? Dopiero analiza głosów poszczególnych klubów pokazuje polityczny wymiar całej sprawy. W Koalicji Obywatelskiej zagłosowało 152 posłów i wszyscy byli przeciw. W PSL–Trzeciej Drodze oddano 29 głosów – wszystkie przeciw. W Lewicy zagłosowało 20 posłów – wszyscy przeciw. W Polsce 2050 głosowało 14 posłów – również wszyscy przeciw. Przeciw zagłosowało także 14 członków klubu Centrum. Zupełnie inaczej zachowała się Konfederacja. Spośród jej 15 głosujących posłów wszyscy poparli poprawki. Za zagłosowało także trzech posłów koła parlamentarnego Konfederacji oraz czterech posłów Razem. Najbardziej nietypowo wyglądało głosowanie Prawa i Sprawiedliwości. Spośród 178 głosujących posłów PiS tylko jeden poparł poprawki, trzech było przeciw, natomiast aż 174 wstrzymało się od głosu. W praktyce oznacza to, że o odrzuceniu rozwiązania przesądziły przede wszystkim głosy ugrupowań większości rządowej. Czy można więc powiedzieć, że „rząd był przeciw”? Takie stwierdzenie wymaga pewnej ostrożności. Najbardziej precyzyjne jest stwierdzenie, że przeciwko poprawkom zagłosowały kluby tworzące parlamentarne zaplecze rządu, a wcześniej ich odrzucenie rekomendowała Komisja Zdrowia. To można jednoznacznie potwierdzić oficjalnymi dokumentami i wynikami głosowania. Nie należy natomiast automatycznie utożsamiać głosowania klubów parlamentarnych z formalnym stanowiskiem Rady Ministrów, jeśli nie wskazuje się osobnego dokumentu zawierającego takie stanowisko. Politycznie obraz jest jednak bardzo czytelny: propozycja Konfederacji nie znalazła poparcia po stronie większości rządowej. Co ciekawe, sam rządowy projekt został przyjęty Po odrzuceniu poprawek Konfederacji Sejm przeszedł do głosowania nad całym rządowym projektem. Za ustawą bez tych poprawek zagłosowało 238 posłów, przeciw było 20, a 182 wstrzymało się od głosu. Sejm ustawę uchwalił. Pokazuje to, że konflikt nie dotyczył koniecznie całego projektu dotyczącego przeciwdziałania narkomanii. Jednym z punktów spornych było właśnie rozszerzenie katalogu podmiotów mogących prowadzić krajową uprawę konopi przeznaczonych na surowiec farmaceutyczny. Spór o marihuanę czy spór o gospodarkę? Na pierwszy rzut oka temat może wyglądać jak kolejny rozdział wieloletniej politycznej dyskusji dotyczącej marihuany. W rzeczywistości poprawki otwierają znacznie ciekawszą debatę gospodarczą. Skoro państwo dopuszcza stosowanie określonego surowca w medycynie, pojawia się pytanie, dlaczego jego produkcja nie miałaby być – przy zachowaniu rygorystycznego nadzoru – dostępna dla profesjonalnych krajowych przedsiębiorstw. Zwolennicy takiego modelu mogą argumentować, że Polska posiada kapitał, specjalistów, zaplecze rolnicze i farmaceutyczne pozwalające rozwijać tego rodzaju branżę. Jeżeli popyt istnieje, część produkcji mogłaby być realizowana w kraju zamiast opierać się na dostawach z zagranicy. Przeciwnicy mogą natomiast wskazywać na konieczność zachowania szczególnie restrykcyjnej kontroli nad substancjami odurzającymi, ryzyko nadużyć, problemy z zabezpieczeniem upraw czy potrzebę bardzo ostrożnego rozszerzania liczby podmiotów uczestniczących w takim rynku. Nie są to argumenty, które należy lekceważyć. Istota sporu polega jednak na tym, że poprawka Konfederacji nie proponowała zniesienia kontroli. Proponowała zmianę podmiotów, które po spełnieniu wymagań i uzyskaniu państwowego zezwolenia mogłyby prowadzić działalność. Medyczna marihuana to nie to samo co legalizacja rekreacyjna Warto również wyraźnie oddzielić tę sprawę od debaty o legalizacji marihuany do celów rekreacyjnych. Poprawki nie dawały obywatelom prawa do uprawiania konopi na własny użytek. Nie legalizowały sprzedaży marihuany poza systemem farmaceutycznym. Nie tworzyły sklepów z marihuaną ani modelu znanego z państw, które zalegalizowały rekreacyjne używanie konopi. Przedmiotem regulacji był surowiec farmaceutyczny. To zasadnicza różnica. W tym przypadku marihuana jest traktowana nie jako używka, lecz jako materiał wykorzystywany w systemie leczniczym, którego produkcja, przetwarzanie i obrót podlegają szczególnym regulacjom. Najciekawszy jest gospodarczy paradoks Cała sprawa prowadzi do interesującego paradoksu. Polskie prawo może pozwalać pacjentowi otrzymać określony preparat na receptę, aptece – przygotować lek recepturowy, importerowi – sprowadzić odpowiedni surowiec po spełnieniu wymogów, a państwu – kontrolować cały proces. Jednocześnie prywatny polski przedsiębiorca nie otrzymał zaproponowanej przez Konfederację możliwości wejścia w podstawowy etap tego łańcucha poprzez prowadzenie kontrolowanej krajowej uprawy na zasadach określonych w poprawkach. To właśnie dlatego debata może wracać niezależnie od stosunku poszczególnych partii do marihuany. Pytanie o krajową produkcję jest bowiem również pytaniem o bezpieczeństwo dostaw leków, politykę przemysłową, konkurencję, inwestycje i zakres dopuszczalnej działalności prywatnego biznesu w silnie regulowanych sektorach gospodarki. Poprawki przepadły, ale problem pozostaje Czerwcowe głosowanie zakończyło konkretną próbę zmiany przepisów. Nie zakończyło jednak dyskusji o przyszłości krajowej produkcji konopi na potrzeby farmaceutyczne. Fakty są w tej sprawie stosunkowo proste. Konfederacja zgłosiła dwie poprawki umożliwiające objętym zezwoleniem GIF przedsiębiorcom działającym jako spółki z o.o. lub spółki akcyjne prowadzenie upraw konopi innych niż włókniste przeznaczonych do wytwarzania surowca farmaceutycznego. Zaproponowano minimalną powierzchnię uprawy wynoszącą 1000 m², zezwolenia wydawane na maksymalnie dziesięć lat oraz obowiązek rozpoczęcia działalności w ciągu sześciu miesięcy. Komisja Zdrowia rekomendowała odrzucenie obu poprawek. 11 czerwca 2026 roku Sejm rzeczywiście je odrzucił – 27 posłów było za, 235 przeciw, a 177 wstrzymało się od głosu. Przeciw zagłosowały wszystkie główne kluby stanowiące parlamentarne zaplecze obecnego rządu. Można więc powiedzieć, że Konfederacja próbowała otworzyć polski rynek produkcji surowca do medycznej marihuany dla prywatnych przedsiębiorstw, ale nie uzyskała zgody większości sejmowej. I właśnie ten element jest w całej historii najważniejszy. Nie była to propozycja zalegalizowania powszechnej uprawy marihuany. Była to próba stworzenia regulowanego rynku, na którym polskie przedsiębiorstwa – po uzyskaniu zezwolenia i pod kontrolą państwa – mogłyby produkować surowiec wykorzystywany później w farmacji. Sejm zdecydował, że na razie takiego otwarcia nie będzie. Pozostaje pytanie, czy w dłuższej perspektywie Polska utrzyma obecny, bardziej ograniczony model, czy też kolejna próba dopuszczenia prywatnego biznesu do krajowych upraw okaże się skuteczniejsza. Biorąc pod uwagę rozwój rynku medycznej marihuany i szerszą debatę o bezpieczeństwie dostaw produktów farmaceutycznych, temat prawdopodobnie nie zniknie z politycznej agendy.
  9. Przeniosłem do działu "Pojedyncze Zdjęcia Roślin Konopi", bardziej tam pasuje twój temat.
  10. Będzie dobrze 🙂 klimat się zmienił i cały wrzesień będzie słoneczny. Październik może być mokry ale jak zastosujesz profilaktycznie środek grzybo-pleśniobójczy taki do warzyw bo jest bezpieczny dla ludzi to będzie git. Tylko pamiętaj środek na grzyby i pleśnie musisz zastosować przed tym jak się wda infekcja, czyli koniec sierpnia pierwszy oprysk a jak będzie dużo deszczy to nawet szybciej.
  11. Ah te słynne hybrydy F1, które przez zabieg marketingowy stały się nowością. Pytanie zasadnicze, to co te firmy sprzedawały do tej pory nasiona F2. Dutch Passion czy nawet THC-THC od samego początku sprzedają hybrydy F1, każda odmiana to tak na prawdę hybryda, kwestia jak dana firma przeprowadza stabilizację. A więc jak już wspomniałeś o hybrydach F1 to polecam na sam koniec tej fotorelacji artykuł:
  12. Im więcej fotek tym lepiej, częstotliwość też jest dobra bo widać jak się rozwijają.
  13. Z tymi sztucznymi inteligencjami to uważaj bo czasem potrafią nieźle kłamać. Najlepiej weryfikować to co piszą.
  14. Musisz wrzucić jeszcze raz film bo ten albo nie do końca się wrzucił albo miał zły format, nie dało się go odtworzyć.
  15. Zawsze dobrze jest sprawdzać parametry dwoma urządzeniami jak na obu pokarze tak samo, to są pewne pomiary.
  16. Temat przeniosłem do dziełu "Pojedyncze Zdjęcia Roślin Konopi", bo myślę że tam bardziej pasuje.
  17. Poprawiłem tytuł twojego tematu bo "Pytanie" brzmi mało treściwie. Co do wyboru odmian to kwestia twojej wiedzy o uprawie, bo automaty same zaczną kwitnąć a sezonom musisz zmienić cykl świetlny żeby zaczęły kwitnąć. I teraz pytanie moje czy takie podstawy uprawy już znasz?
  18. Pamiętaj że te trawsko i inne chwasty zabierają dla mery wszystkie jedzonko. To trzeba plewić w około na minimum metr bo inaczej rośliny będą mizerne.
  19. Ja jestem przeciwny wszelkim dopalaczom 🤢 średnio to bezpieczne. Swoją drogą dużo ludzi pali syntetyczne kanabis i nawet o tym nie wie. Tak jakość zioła z ulicy.
  20. Jeśli temat Cię zainteresował, warto przeczytać również: • Jak powstała odmiana Rudealis Skunk od THC-THC? • Rudealis Skunk od THC-THC czy Ruderalis Skunk od Sensi Seeds – jakie są między nimi różnice?
  21. Sejmowi eksperci krytycznie ocenili projekt ustawy Opublikowana przez Biuro Ekspertyz i Oceny Skutków Regulacji (BEiOSR) Kancelarii Sejmu opinia dotycząca projektu depenalizacji marihuany może znacząco wpłynąć na dalsze losy proponowanych zmian. Eksperci wskazali liczne zastrzeżenia dotyczące konstrukcji projektu, jego zgodności z obowiązującymi przepisami oraz sposobu uzasadnienia proponowanych rozwiązań. Choć opinia nie przesądza o losach ustawy, pokazuje, że przed projektem mogą pojawić się poważne przeszkody na kolejnych etapach procesu legislacyjnego. Czy depenalizacja marihuany w Polsce ma jeszcze szansę? Projekt depenalizacji marihuany od wielu miesięcy budzi ogromne zainteresowanie zarówno wśród zwolenników liberalizacji prawa, jak i osób przeciwnych zmianom. Propozycja zakładająca możliwość posiadania niewielkiej ilości marihuany oraz ograniczonej uprawy na własny użytek miała być jednym z najważniejszych projektów dotyczących polityki narkotykowej w Polsce ostatnich lat. Jednak zanim projekt trafi pod głosowanie w Sejmie, musi przejść cały proces legislacyjny. Jednym z jego elementów jest przygotowanie opinii przez Biuro Ekspertyz i Oceny Skutków Regulacji (BEiOSR) Kancelarii Sejmu. Dokument ten okazał się wyjątkowo krytyczny wobec proponowanych zmian i wskazuje na szereg problemów prawnych oraz legislacyjnych. Czy oznacza to koniec prac nad depenalizacją marihuany? Niekoniecznie. Z pewnością jednak droga do ewentualnego uchwalenia nowych przepisów stała się znacznie trudniejsza. Na czym polega projekt depenalizacji marihuany? Wbrew często pojawiającym się opiniom, projekt nie przewiduje pełnej legalizacji marihuany. Proponowane przepisy dotyczą wyłącznie ograniczenia odpowiedzialności karnej w określonych przypadkach. Najważniejsze założenia obejmują: możliwość posiadania do 15 gramów marihuany przeznaczonej na własny użytek, możliwość uprawy jednej rośliny konopi na własne potrzeby, pozostawienie kar za handel, produkcję oraz wprowadzanie marihuany do obrotu. Projekt miał przede wszystkim ograniczyć liczbę postępowań karnych wobec osób posiadających niewielkie ilości marihuany wyłącznie na własny użytek. Krytyczna opinia Biura Ekspertyz i Oceny Skutków Regulacji Największym problemem dla projektu okazała się opinia przygotowana przez sejmowych ekspertów. Dokument liczy kilkadziesiąt stron i szczegółowo analizuje zarówno skutki prawne, społeczne, gospodarcze, jak i finansowe proponowanych zmian. Co istotne, eksperci nie stwierdzili, że sama depenalizacja jest niemożliwa do wprowadzenia. Zwrócili natomiast uwagę, że projekt został przygotowany w sposób, który może powodować liczne problemy interpretacyjne i praktyczne. W opinii wielokrotnie podkreślono, że tak istotna zmiana prawa powinna zostać oparta na znacznie szerszej analizie danych oraz doświadczeń wynikających ze stosowania obecnych przepisów. Limit 15 gramów budzi największe kontrowersje Jednym z najczęściej powtarzających się zarzutów jest brak odpowiedniego uzasadnienia dla limitu 15 gramów. Eksperci zwracają uwagę, że autorzy projektu nie przedstawili analiz pokazujących, dlaczego właśnie taka ilość miałaby odpowiadać przeciętnemu użytkowi własnemu. W opinii podkreślono również, że sama masa posiadanej substancji nie zawsze pozwala odróżnić osobę posiadającą marihuanę wyłącznie dla siebie od osoby, która zamierza ją udostępniać lub sprzedawać. To właśnie dlatego BEiOSR uznało, że przyjęty limit wydaje się rozwiązaniem arbitralnym. Jedna roślina i 15 gramów suszu – gdzie pojawia się problem? Kolejnym elementem projektu, który został mocno skrytykowany, jest jednoczesne dopuszczenie uprawy jednej rośliny oraz wprowadzenie limitu 15 gramów posiadanego suszu. Problem polega na tym, że plon uzyskany z jednej rośliny może być znacznie większy. Projekt nie odpowiada jednak jednoznacznie na pytanie, co miałoby stać się z nadwyżką suszu oraz czy jej dalsze przechowywanie nadal byłoby przestępstwem. Według ekspertów taki brak spójności może prowadzić do licznych rozbieżności w interpretacji nowych przepisów przez policję, prokuraturę oraz sądy. Projekt nie uwzględnia obowiązujących przepisów BEiOSR zwraca również uwagę na brak zmian w art. 62a ustawy o przeciwdziałaniu narkomanii. Przepis ten już obecnie umożliwia prokuratorowi umorzenie postępowania w przypadku niewielkich ilości środków odurzających przeznaczonych na własny użytek. Zdaniem ekspertów nowy projekt powinien zostać odpowiednio zharmonizowany z obowiązującymi regulacjami. W przeciwnym razie może dojść do powstania niespójności systemowej. Co eksperci napisali o skutkach społecznych? Znaczną część opinii poświęcono zagadnieniom zdrowia publicznego. Autorzy dokumentu wskazują, że każda liberalizacja przepisów dotyczących substancji psychoaktywnych powinna zostać poprzedzona szerokimi działaniami edukacyjnymi, profilaktycznymi oraz systemem monitorowania skutków zmian. W opinii pojawia się również argument, że większa dostępność marihuany mogłaby prowadzić do wzrostu konsumpcji oraz zwiększenia kosztów ponoszonych przez system ochrony zdrowia. Jednocześnie eksperci przyznają, że projekt mógłby ograniczyć stygmatyzację osób posiadających niewielkie ilości marihuany oraz zmniejszyć liczbę postępowań dotyczących czynów o niskiej społecznej szkodliwości. Rekordowe konsultacje społeczne Interesującym elementem całej procedury były konsultacje społeczne prowadzone przez Sejm. Wzięło w nich udział ponad 22 tysiące obywateli, co stanowi jeden z najwyższych wyników w historii konsultacji dotyczących projektów ustaw. Co ciekawe, sama opinia BEiOSR wskazuje, że zdecydowana większość zgłoszonych opinii popierała depenalizację niewielkich ilości marihuany oraz możliwość ograniczonej uprawy na własny użytek. Eksperci zastrzegli jednak, że konsultacje nie mają charakteru reprezentatywnego dla całego społeczeństwa i nie mogą być jedyną podstawą do tworzenia prawa. Czy projekt został już odrzucony? To jedno z najczęściej zadawanych pytań. Odpowiedź brzmi: nie. Pomimo bardzo krytycznej opinii ekspertów projekt nadal pozostaje częścią procesu legislacyjnego. Nie odbyło się jeszcze głosowanie Sejmu nad jego przyjęciem lub odrzuceniem. Ostateczna decyzja będzie należała do posłów po zakończeniu prac komisji parlamentarnych. Dlatego pojawiające się w mediach nagłówki sugerujące definitywny koniec depenalizacji należy traktować jako publicystyczne prognozy, a nie oficjalne stanowisko Sejmu. Co może wydarzyć się w najbliższych miesiącach? Przed projektem znajduje się jeszcze kilka etapów procedury legislacyjnej. Możliwe są między innymi: skierowanie projektu do dalszych prac w komisjach, przygotowanie licznych poprawek, opracowanie nowej wersji projektu, odrzucenie projektu na jednym z etapów prac parlamentarnych. Na obecnym etapie nie można przesądzić, który z tych scenariuszy zostanie zrealizowany. Aktualny stan prawny pozostaje bez zmian Niezależnie od trwających prac legislacyjnych obowiązujące przepisy nie uległy zmianie. Posiadanie marihuany nadal stanowi czyn zabroniony zgodnie z ustawą o przeciwdziałaniu narkomanii. W określonych przypadkach możliwe jest wprawdzie umorzenie postępowania na podstawie art. 62a, jednak nie oznacza to depenalizacji ani legalizacji. Dlatego do czasu zakończenia procesu legislacyjnego obowiązuje dotychczasowy stan prawny. Podsumowanie Krytyczna opinia Biura Ekspertyz i Oceny Skutków Regulacji z pewnością utrudnia dalsze procedowanie projektu depenalizacji marihuany. Najwięcej zastrzeżeń dotyczy jakości przygotowanych przepisów, ich zgodności z obowiązującym systemem prawnym oraz sposobu uzasadnienia proponowanych rozwiązań. Nie oznacza to jednak automatycznego zakończenia prac nad projektem. O jego przyszłości zdecydują dopiero kolejne etapy procesu legislacyjnego oraz głosowanie parlamentarzystów. Obecnie można więc stwierdzić jedno: projekt depenalizacji marihuany znalazł się w znacznie trudniejszym położeniu, ale jego los nie został jeszcze ostatecznie przesądzony. Oś czasu prac nad projektem depenalizacji marihuany w Polsce Marzec 2026 – złożenie projektu ustawy Do Sejmu trafia poselski projekt nowelizacji ustawy o przeciwdziałaniu narkomanii. Zakłada on depenalizację posiadania do 15 gramów marihuany na własny użytek oraz możliwość uprawy jednej rośliny konopi. Wiosna 2026 – konsultacje społeczne Projekt zostaje skierowany do konsultacji społecznych. Zainteresowanie okazuje się rekordowe – swoje opinie przekazuje ponad 22 tysiące osób. Z opublikowanych analiz wynika, że większość uczestników konsultacji popiera proponowane zmiany. Lato 2026 – publikacja opinii Biura Ekspertyz i Oceny Skutków Regulacji BEiOSR Kancelarii Sejmu publikuje obszerną analizę projektu. Eksperci wskazują liczne zastrzeżenia dotyczące zgodności projektu z obowiązującym prawem, konstrukcji przepisów oraz uzasadnienia proponowanych limitów. Kolejny etap – prace sejmowych komisji Projekt ma zostać rozpatrzony przez właściwe komisje sejmowe. To właśnie na tym etapie mogą zostać zgłoszone poprawki, przygotowane nowe rozwiązania lub podjęta decyzja o odrzuceniu projektu. Co dalej? Jeżeli komisje skierują projekt do dalszych prac, trafi on pod obrady Sejmu. Dopiero wtedy odbędzie się pierwsze czytanie zakończone głosowaniem posłów. Na dzień publikacji artykułu takie głosowanie jeszcze się nie odbyło. FAQ – najczęściej zadawane pytania dotyczące depenalizacji marihuany Czy depenalizacja marihuany została już uchwalona? Nie. Obecnie projekt znajduje się w trakcie procesu legislacyjnego. Nie został jeszcze uchwalony przez Sejm, dlatego obowiązujące przepisy pozostają bez zmian. Czy w Polsce można legalnie posiadać 15 gramów marihuany? Nie. Limit 15 gramów jest jedynie propozycją zawartą w projekcie ustawy. Aktualnie posiadanie marihuany nadal jest przestępstwem określonym w ustawie o przeciwdziałaniu narkomanii. Czy projekt oznacza legalizację marihuany? Nie. Depenalizacja i legalizacja to dwa różne pojęcia. Projekt nie przewiduje legalizacji sprzedaży ani swobodnego obrotu marihuaną. Dotyczy jedynie ograniczenia odpowiedzialności karnej za posiadanie niewielkiej ilości oraz uprawę jednej rośliny na własny użytek. Dlaczego eksperci Kancelarii Sejmu skrytykowali projekt? Najwięcej zastrzeżeń dotyczy jakości przepisów. Według opinii BEiOSR projekt nie rozwiązuje wielu problemów interpretacyjnych, nie uzasadnia odpowiednio limitu 15 gramów oraz nie jest wystarczająco spójny z obowiązującymi regulacjami. Czy opinia BEiOSR oznacza odrzucenie projektu? Nie. Biuro Ekspertyz i Oceny Skutków Regulacji pełni funkcję doradczą. Przygotowuje ekspertyzy dla posłów, jednak nie podejmuje decyzji o uchwaleniu lub odrzuceniu ustaw. Czy konsultacje społeczne poparły depenalizację? Tak, z opublikowanych materiałów wynika, że większość uczestników konsultacji opowiedziała się za depenalizacją niewielkich ilości marihuany oraz możliwością ograniczonej uprawy na własny użytek. Jednocześnie eksperci podkreślili, że konsultacje nie mają charakteru reprezentatywnego dla całego społeczeństwa. Czy obecnie można uprawiać jedną roślinę konopi? Nie. Propozycja dopuszczająca uprawę jednej rośliny znajduje się wyłącznie w projekcie ustawy i nie obowiązuje. Czy marihuana medyczna ma wpływ na projekt depenalizacji? Są to dwa odrębne zagadnienia. Marihuana medyczna jest w Polsce legalnie dostępna na receptę zgodnie z obowiązującymi przepisami. Projekt depenalizacji dotyczy natomiast odpowiedzialności karnej za posiadanie marihuany poza systemem medycznym. Kiedy Sejm zagłosuje nad projektem? Obecnie nie wyznaczono terminu ostatecznego głosowania. Wcześniej projekt musi przejść kolejne etapy prac parlamentarnych, w tym analizę komisji sejmowych. Czy depenalizacja marihuany w Polsce ma jeszcze szanse? Tak, jednak trudno ocenić ich skalę. Krytyczna opinia sejmowych ekspertów niewątpliwie utrudnia dalsze procedowanie projektu, ale sama nie przesądza o jego losach. Ostateczna decyzja będzie należała do posłów podczas dalszych prac legislacyjnych. Źródła Artykuł został opracowany na podstawie oficjalnych dokumentów oraz materiałów dotyczących procesu legislacyjnego: Sejm Rzeczypospolitej Polskiej – projekt ustawy o zmianie ustawy o przeciwdziałaniu narkomanii (druk sejmowy) wraz z przebiegiem procesu legislacyjnego. Kancelaria Sejmu RP – Biuro Ekspertyz i Oceny Skutków Regulacji (BEiOSR) – opinia do projektu ustawy dotyczącego depenalizacji posiadania niewielkich ilości marihuany oraz uprawy jednej rośliny konopi. Sejm RP – konsultacje publiczne projektu ustawy – wyniki konsultacji społecznych przeprowadzonych na platformie opiniowanie.sejm.gov.pl. Ustawa z dnia 29 lipca 2005 r. o przeciwdziałaniu narkomanii (Dz.U. z późn. zm.), w szczególności przepisy dotyczące odpowiedzialności za posiadanie środków odurzających oraz art. 62 i art. 62a. Internetowy System Aktów Prawnych (ISAP) – aktualne brzmienie ustawy o przeciwdziałaniu narkomanii. Stan prawny: Artykuł przedstawia stan prac legislacyjnych aktualny na dzień publikacji. Projekt ustawy nie został jeszcze uchwalony, dlatego obowiązujące przepisy dotyczące posiadania marihuany pozostają bez zmian. W przypadku dalszych prac parlamentarnych lub przyjęcia poprawek treść projektu może ulec zmianie. Ostatnia aktualizacja: 10 lipca 2026 r.
  22. To są półautomaty czyli dalej fotoperiody.
  23. Ale o co ci chodzi? jeśli chcesz kupić marihuanę, to tutaj nikt ci nie sprzeda, to nie ten typ miejsca.
  24. TAK Prawda! Koleś z facebooka niech nauczy się czytać bo obie odmiany nie mają ze sobą nic wspólnego po za synonimem nazwy która była wyznacznikiem odporności w tamtych czasach. Z tym że jak się dobrze wczytasz w obie nazwy to też nie są takie same. Rudealis od thc-thc jest bardziej unikatową nazwą, europejską zaś Ruderalis od sensi seeds jest tą samą nazwą która jest genem wszystkich odmian z autofloweringiem. Temat wałkowany kiedyś tutaj na forum: Ale też na innych forach, tutaj masz obszerny artykuł na ten temat na innym forum: https://forum.kanabis.info/archiwum2/viewtopic.php?t=8 Tak że zawsze wszystko można doczytać jak się tylko chce
  25. Analiza bardzo trafna, która dużo mówi i każdy zdrowo myślący człowiek wyciągnie sam odpowiednie wnioski. Nie bez powodu usunąłem pewne sklepy z tego forum. Z tym że wspominanie o tych sklepach tutaj na forum w formie innej niż "szybka wysyłka i cukierek gratis", to dla niech nie dopuszczalne i zaraz naślą na forum prawników i innych..... żeby tylko usunęli te informacje, bo przecież ludzie sami nie potrafią liczyć i wyciągać wnioski. Temat nie wymaga dalszych komentarzy.
×
×
  • Dodaj nową pozycję...

Powiadomienie o plikach cookie

Polityka prywatności link do Polityki Prywatności RODO - Strona tylko dla osób pełnoletnich, 18+